Jest ich tylko kilku w Polsce. Na pogrzeby zakładają czarne peleryny i cylindry. W końcu to na nich skupiony jest wzrok wszystkich żałobników. Na pogrzebie mistrz ceremonii jest nie tylko wiodącą postacią, ale i wizualnie wy_mg_3050.JPGróżnia się z tłumu.

Jerzy Litwin z Koszalina jest zawsze ubrany nienagannie i kontrastowo: czarne lakierki, peleryna, cylinder i mucha, białe rękawiczki i koszula. Kiedyś tuż przed swoją mową wpadł do grobu - ziemia osunęła mu się spod stóp. Stres okropny, ale nie mógł przerwać uroczystości. Tymczasem nikt nawet nie drgnął, zapadła potworna cisza. Na szczęście grabarze rzucili mu linę. Ucierpiała tylko garderoba - cała była w błocie. Najbardziej niezwykłe było zaś to, że nikt się nie śmiał. Innym razem, gdy wygłaszał mowę, wiatr zdmuchnął mu z głowy cylinder. Opanował pierwszy odruch i nie usiłował łapać nakrycia ani tym bardziej za nim biec.

Prowadzi pogrzeby od 1984 roku. Dobrze zapamiętał tę datę, bo wtedy utopił się jego kolega z teatru Dialog. - Na tym pogrzebie nie było księdza - opowiada pan Jerzy. - Nikt nie powiedział o zmarłym ani słowa. Długo pamiętałem odgłos łopat zasypujących mogiłę i jej widok. Kiedy zostałem kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego, często mówiłem, że miasto powinno mieć mistrza ceremonii, który celebrowałby świecki pogrzeb. Mówiłem, mówiłem, ale nikt mnie nie słuchał. Aż wreszcie zmarł znany działacz. Wtedy wezwał mnie ówczesny prezydent i powiedział: "No to masz pan okazję się wykazać". Tak się wykazał, że był rozchwytywany, zwłaszcza, że za PRL-u rodzinom zasłużonych zwracano koszty świeckiego pogrzebu. A ludzi, którzy by go prowadzili, brakowało. Jeździł więc po całym Pomorzu, aż za Słupsk i Wałcz. W końcu zaproponowano mu pracę na Powązkach w Warszawie. Nie chciał się jednak przenieść do stolicy, bo w swoim Koszalinie ma morze, przyjaciół i ukochany teatr Dialog, z którym jest związany od 1970 roku. Muzyka, poezja i... picie miodu Sam stworzył świecki obrządek.

W całej Polsce nie miałem wzoru, na którym mógłbym się oprzeć. Postawiłem na intuicję - wspomina. - Uznałem, że powinienem mieć odpowiedni strój. Peleryn miałem już wiele, wszystkie szyte przez znajomego krawca, który niedawno zmarł. Jego też żegnałem w uszytym przez niego stroju. Peleryny na ogół są z aksamitu, bo materiał ten jest ciężki, elegancki, pięknie się układa. Lżejsze są z jedwabiu. Moim przesłaniem było, aby człowieka godnie pożegnać. Zdawałem sobie sprawę, że muszę coś o nim powiedzieć.

Dlatego zawsze przed pogrzebem rozmawiam z rodziną, aby poznać fakty: kim był zmarły, jaki zawód wykonywał, czym się pasjonował, jakie miał zainteresowania, co robił dla innych? Chcę wiedzieć, co lubił, co kochał, co było ważne w jego życiu. Każdy człowiek jest indywidualnością. Każdego trzeba pożegnać inaczej, bo każdy ma inną wrażliwość, inaczej przebiegało i w inny sposób było wypełnione jego życie. Chcę pokazać człowieka, powiedzieć o nim prawdę, oczywiście bez rzeczy negatywnych, nawet jeśli nie był wzorem do naśladowania. Chcę, aby w sercach osób bliskich pozostała o nim wdzięczna pamięć.

Mowa pogrzebowa podczas takiej ceremonii jest więc nie tylko wspomnieniem o osobie zmarłej. Jest podróżą w czasie, podczas której pogrzebnicy mogą spojrzeć też na własne życie i dostrzec, co jest w nim najważniejsze.  Najtrudniej żegna się samobójców i dzieci - przyznaje mistrz Litwin. Każdą uroczystość wypełnia muzyka. Najczęściej klasyczna, choć czasem rodzina prosi np. o jazz nowoorleański, piosenki Sarah Brightman, Edyty Geppert czy Anny German. Zdarzyło się, że na cmentarzu rozbrzmiewały "Schody do nieba" Led Zeppelin, "Modlitwa" Okudżawy, czy muzyka Queen z filmu "Nieśmiertelny". Muzyce towarzyszy poezja, na ogół Norwida, Asnyka, Miłosza, Szymborskiej, Iwaszkiewicza , Sebyły, podczas pogrzebu dziecka - treny Kochanowskiego. Są i prośby nietypowe, na przykład o odmówienie podczas świeckiego pogrzebu modlitwy "Ojcze nasz" czy odczytanie Psalmu Dawidowego, o wygłoszenie na pogrzebie wyznaniowym mowy pożegnalnej. Na jednym z prowadzonych przez pana Litwina pogrzebów był kapłan obrządku starosłowiańskiego - żerda i podczas ceremonii było symboliczne picie miodu.

Śmierć pozostawia po sobie żal, smutek i rozpacz najbliższych. Są to dla nich głębokie przeżycia i w takich trudnych chwilach mogą liczyć na wsparcie emocjonalne z mojej strony - deklaruje mistrz pogrzebowy.
Nigdy nie zapomnę pogrzebu, na którym wokół żałobników krążył pies. Gdy grabarze zasypali grób, położył się na nim i nie chciał zejść. Został nawet, gdy już wszyscy odeszli. Należał do zmarłego. Do mistrzostwa w byciu mistrzem pan Jerzy miał gdzie się przygotować. Był kierownikiem USC, więc celebrował śluby i prowadził uroczystości państwowe. Na dodatek od 1970 roku jest aktorem koszalińskiego Dialogu, teatru, w którym nie ma bogatych dekoracji ani strojów, a główną rolę gra słowo. No i ma idealne warunki - ciepły i niski głos, który ćwiczył latami. Jerzy Litwin jeździ często do Piły, Słupska, rzadziej do Gniezna czy Poznania. Kiedyś, gdy wyjechał na urlop, na pogrzeb ściągnięto go z plaży. Innym razem przerwano mu pobyt w sanatorium.

A kto jego pochowa? - Wiele razy o tym myślałem. I czy nie nagrać muzyki i tekstów, które mi puszczą z płyty - śmieje się pan Jerzy.

                                                                                                                                                                                                rozmawiała:  Irena Boguszewska

Fragment artykułu "Tak wygląda pogrzeb bez księdza"  z dn. 26.02.2011 - opublikowanego w wyd. internetowym portalu "Wspolczesna.pl" - wykorzystano za zgodą autorki.
Źródło: http://www.wspolczesna.pl/magazyn/art/5756457,tak-wyglada-pogrzeb-bez-ksiedza,id,t.html